Translate

niedziela, 2 października 2016

Wrześniowe zmiany

Jeśli chcecie to możecie się na mnie obrazić, naprawdę pozwalam Wam. Wiem, wiem jestem beznadziejna, chyba pierwszy raz tak długo odwlekałam posta. Naprawdę wiele razy chciałam się za niego zabrać, ale trudno było mi się na to wszystko przestawić, znowu przyzwyczaić, dodatkowo nastąpiło kilka zmian. Wszystko razem się złączyło i jakoś tak wyszło, że nie udało mi się nic napisać, ale to już sami się przekonacie jak to wszystko było, o ile pamiętam to co powinnam. Jeśli jesteście osobami, które lubią czytać moje długie posty (a wiem, że jest Was tu trochę) to na pewno się Wam on spodoba, ale jeśli należycie do mniejszej grupy, która lubi krótkie wpisy to możecie nie dotrwać do końca, ale mam nadzieje, że mimo wszystko się Wam to uda.
Ostatni dzień wakacji był dla mnie dość trudny, osobie , która jest związana z domem tak mocno jak ja jest naprawdę trudno się spakować i wyjechać do internatu. Przyznaje było to prostsze niż rok temu, bo wiedziałam jak będzie, co mnie czeka, znałam ludzi, ale mimo wszystko nadal trudne. Jak już wiecie w ciągu tego roku doszłam do wniosku, że strasznie nie lubię się pakować, a tamtego ostatniego dnia sierpnia pakowania było mnóstwo. Miałyśmy z mamą wyruszyć koło 15, ale jak to u nas bywa zrobiła się obsuwa. Dojechałyśmy jakoś po 19, dziwnie było znów wejść do grupy, rozpakować się i zacząć robić sporo rzeczy, których nie robiło się od dwóch miesięcy. Składy pokojów zupełnie się pozmieniały, ja i Luiza zostałyśmy w trzecim, doszła do nas Klaudia, która przyszła do pierwszej technikum, a  była wcześniej w gimnazjum. Niestety z naszej grupy odeszła Natalia, przeniosła się do sąsiadek. Podczas jedzenia kolacji dowiedziałam się, że mamy oprawę w najbliższą niedziele. Postanowiłyśmy z Anią (która tak samo jak Klaudia przyszła do technikum z gimnazjum), że zaśpiewamy razem psalm. Rok szkolny jak zwykle rozpoczął się mszą świętą, ostatni raz jeszcze na dużej sali w starym internacie. Jabłonkowa szkoła właściwie się nie zmieniła, niektórzy odeszli, niektórzy przyszli. Mam wrażenie, że jest nas teraz troszeczkę więcej, ale nie wiem czy to prawda. Po obiedzie pojechałam z mamą do Sweet Home do Izabelina, żeby spędzić razem jeszcze trochę czasu. Popołudniu kiedy mama już pojechała poszłyśmy z panią Izą na laskowski cmentarz pomodlić się za żołnierzy, którzy zginęli podczas II wojny. W piątek na każdym przedmiocie jaki był omawialiśmy metody nauczania, oceniania, po prostu to przez co trzeba przebrnąć co roku na samym początku. Ogromnym zaskoczeniem była dla nas zmiana nauczycielki od matematyki. Mam teraz matematykę z dwoma paniami, z jedną podstawową, a z drugą rozszerzoną, w sumie nie wiem czy to dobrze czy źle, pewnie się okaże. Popołudniu poszła do V grupy, żeby poznać nowe dziewczyny, właściwie dwóch nie znałam, bo pozostałe kojarzyłam z internatu, przeszły z innych grup. Pierwsza sobota była pracująca, odrabialiśmy poniedziałek. Na sam koniec miałam pierwszą rozszerzoną matematykę, której się w sumie trochę bałam, ale nie było jakoś bardzo trudno, nawet nie przeraziło mnie tak bardzo to, że będę miała ją sama. Od razu po szkole miałam pierwsze pianino. Ruszyło ustalanie zajęć dodatkowych, bałam się, że przez ruchliwy jeszcze plan szkolny trudno będzie to zrobić, ale już teraz Wam zdradzę, że udało się to ostatecznie bardzo dobrze. Za ćwiczenie psalmu z Anią zabrałyśmy się niestety dopiero w sobotę wieczorem, szło nam to średnio, ale nie beznadziejnie. Niestety w niedziele bardzo się zestresowałam i nie wiem czy jeszcze kiedyś odważę się zaśpiewać psalm, a było to konkretnie tak. Gdy weszłyśmy do kaplicy okazało się, że mamy śpiewać z ambony. To mnie dobiło i stojąc tam pomyliłam melodię, pierwszą zwrotkę zawaliłyśmy, bo była najtrudniejsza, zresztą poszło już odrobinę lepiej, ale nadal bardzo słabo. Naprawdę dawno już nie było mi za siebie tak wstyd, tak wiem, że zdarza się, ale mimo wszystko nie powinno. Większość popołudnia spędziłam w V grupie na rozmowach z Patrycją. W poniedziałek po szkole poszłam do Patrycji złożyć jej życzenia urodzinowe, a wieczorem wypiłyśmy jeszcze razem herbatę. We wtorek na HISie ustaliliśmy z panem tematy jakie chcemy przerabiać w tym roku. Wybraliśmy: mężczyzna i kobieta na przestrzeni wieków i nauka połączona z wojną (co do tego drugiego głosy były podzielone, więc trzeba było wypośrodkować).. Popołudniu był pierwszy basen, postanowiłam sobie, że w tym roku będę chodzić na niego zawsze w miarę możliwości, bo na pewno mi się on przyda. Nie wspomniałam Wam też, że będę miała gimnastykę dwa razy w tygodniu, więc na pewno będę ruszała się więcej niż w zeszłym roku. W środę pierwsza orientacja w Warszawie, a konkretniej na pętli autobusowej i tramwajowej. Wychodzi na to, że w tym roku najtrudniejsze będą dla mnie czwartki: 8 lekcji z tego na końcu 2 wf-y, a przed nimi 2 matmy rozszerzone, popołudniu terapia widzenia, pianino w A300 i zajęcia z panią Małgosią. W czwartek miałam pierwszą kartkówkę z matematyki rozszerzonej, ale na całe szczęście była krótka. Na wf-ach byliśmy na dworze, rzucaliśmy piłkami palantowymi i biegaliśmy na czas. W piątek miałam pierwsze kulinarne, na których robiłam frytki. W sobotę po obiedzie poszłam z Pauliną, Klaudią i Patrycją na plac zabaw. Krótki spacer i wracamy do lekcji, a konkretnie matematyki rozszerzonej, następnie znów dla umilenia herbatka w grupie V zrobiona przez Patrycję. Powoli stawało się to tradycją, a tamtego wieczoru nawet wzięłam sobie kolacje i zjadłam ją z dziewczynami, żeby mieć towarzystwo. Dzięki tym wizytom mogłam lepiej poznać Weronikę, jedną z nowych dziewczyn, która przyszła do technikum. Mam wrażenie, że mamy podobne charaktery i bardzo miło nam się rozmawia. Niedzielę poświęciłam na czytanie Dziadów, robiłam sobie przerwy, bo trudno było mi się na nich skupić. Poszłam na spacer z Izą, a później byłam u dziewczyn w V, oglądałyśmy dość specyficzny film. Tydzień rozpoczął się od dobrej wiadomości, moja dzielna siostra zdała poprawkę matury z angielskiego i dzięki temu może rozpocząć studia. Powoli wchodziłam w tę szkolną rutynę, śniadanie, szkoła, obiad, zajęcia, odrabianie lekcji, kolacja, nauka. We wtorek po basenie pierwszy raz od bardzo dawna pomagałam komuś w zadaniach z matematyki, pewnie w tym roku takiej pomocy będę udzielać coraz więcej, bo sporo osób już wie, że lubię matematykę i chętnie pomogę w miarę moich możliwości. W środę na orientacji przejechałam całą pierwszą linie metra, trochę żmudne, ale zapewne mi się przyda. Dostałam 4 ze sprawdzianu z Dziadów, z czego byłam bardzo zadowolona. Wieczorem była adoracja w przeddzień święta internatu. W piątek odbył się dzień wolontariusza w szkole, a w internacie święto domu. Rozpoczęliśmy świętowanie o 16:30 mszą świętą, potem było przedstawienie przygotowane przez wychowawczynie i nauczycielki od zajęć dodatkowych. Panie i siostry wystawiły „Kota w butach”, niektóre z nich trudno było rozpoznać (nawet w naszym przypadku po głosie). Widownia miała przednią zabawę, można było sporo się pośmiać. Na sam koniec była agapa, w naszym przypadku na korytarzu na przeciwko szatni. Na koniec dobrego dnia wieczorna herbatka w grupie V, nie liczę już, który raz w tym roku szkolnym. W sobotę na tapetę weszła generalka z dyżuru koszowego i szkolne sprawy jak to zwykle. Zrobiłam sobie przerwę i poszłam z Patrycją do kawiarenki na spotkanie, miało być o tym jak Święta tka Teresa z Kalkuty była w Laskach. Ostatecznie nie było dokładnie o tym, ale za to spotkałam panią, która była moją wychowawczynią na koloni w Rabce. Późnym popołudniem była próba scholi. W niedziele postanowiłam, że obejrzę Pianistę, żeby opowiedzieć o motywie artysty na polski rozszerzony. Popołudniu oczywiście poszłam odwiedzić Patrycję, załapałam się na arbuza, którego tata Patrycji jej przywiózł. Nie miałam zostawać na kolacji, ale pani Jola wstawiła do piekarnika też parówkę dla mnie, więc ostatecznie zostałam. Nowy tydzień coraz bardziej zbliżał mnie do piątkowego wyjazdu do domu, jednocześnie coraz bardziej nie mogłam się go doczekać. We wtorek wieczorem miałyśmy zebranie grupowe, na którym ustalałyśmy kto będzie z kim w pokoju, bo kilka osób zgłosiło, że nie czują się dobrze w pokojach. Ostatecznie miałam przenieść się kolejnego dnia do pierwszego pokoju i zamieszkać z Anią i Asią, czyli totalna zmiana. W środę na orientacji  miałam dojechać na dworzec, ale nie zdążyłam, więc dotarłam tylko przed Arkadię. Przed kolacją nastąpiła przeprowadzka, trudno było mi pożegnać się z tamtym pokojem, bo spędziłam w nim ponad rok i byłam w nim od początku. Tamten czwartek był dla mnie bardzo trudny, chyba taki pierwszy z trudniejszych dni w tym roku szkolnym. Bardzo źle poszła mi kartkówka z rozszerzonej matematyki (pani podała mi odpowiedzi jak już napisałam, więc wiedziałam, że sporo mam źle), na wf-ach robiliśmy to samo co 2 tygodnie wcześniej tylko na ocenę, w sumie nie wyszło mi najgorzej. Spóźniłam się na terapię widzenia, później na pianino też. Wieczorem nie wiem jakim cudem miałam siłę, żeby czytać do późna notatkę z Lawy, filmu, który oglądaliśmy na polskim rozszerzonym. Nareszcie nadszedł piątek, ten piątek, na który czekałam naprawdę długo. Na lekcjach siedziałam jak na szpilkach, trudno byto mi wytrzymać, obiad, tata przyjechał, walizka, plecaczek i w drogę! Moja radość była ogromna, gdy na dworcu w Poznaniu zobaczyłam Mokę na rękach u mamy, zostałam oczywiście wylizana. Czekoladka nie urosła bardzo, ale za to zrobiła się cięższa. W domu Tara i Shelly oczywiście też się bardzo cieszyły. W sobotę za bardzo nie udało mi się wyspać, ale za to zrobiłam większość lekcji. Mogłam w końcu tak po prostu odpocząć, spędzić czas z psami, rodziną. W niedziele poszłam z tatą na 9:30 do kościoła. Na 13:30 pojechaliśmy na obiad z okazji rocznicy dziadków do Puszczykowa. Później przejechaliśmy wszyscy do Rogalina do parku na piknik z ciastem i kawą.
 Od lewej na ławce siedzi tata, mama trzyma na kolanach Mokę, dziadek trzyma na kolanach Zosię, babcia, ciocia Aga, obok niej stoi Ania. a na kocu siedzi od lewej Marysia, Martyna, ja, Jacek i leży wujek Kuba
 Na tle trawy siedzi skupiona Moka w brązowej obroży
Od lewej mama, ja, ciocia Aga i Ania, stoimy na tle parku

Wieczorem mogłam sobie pozwolić na późniejsze pójście spać, bo zostawałam do poniedziałku w domu. Poniedziałek to był jedyny dzień, kiedy udało mi się wyspać, mimo dzwoniącego o 6 budzika mojej siostry. Tamten dzień miałam poświęcony głównie na zakupy, pojechałam na nie z Martą. Kupiłam sobie: treki, japonki i polara. Pierwszy raz jechałam tramwajem na dworzec poznański, gdy dotarłyśmy z Martą na peron miałyśmy jeszcze sporo czasu. W Laskach byłyśmy jakoś przed 20, zjadłam kolację i Marta pomogła mi się rozpakować. Umówiłyśmy się, że przyjdę do niej rano do domku się z nią pożegnać. We wtorek pani Agnieszka objaśniła nam wszystko na temat wyjazdu do Wilna, ale ze mnie gapa, nawet nie napisałam Wam, że na początku października jedziemy (2LO i 2T) do Wilna na sześciodniową wycieczkę. Jeśli czytacie tego bloga co najmniej od maja to na pewno pamiętacie, że byłam tam już, więc jestem ciekawa jak będę się czuć zwiedzając to miasto drugi raz. Mam nadzieje, że spodoba mi się bardziej niż za pierwszym razem. Patrycja namawiała mnie, żebym pojechała na Planetę Singli z audiodyskrypcją, ale ja nie mogłam z powodu orientacji. Ostatecznie udało mi się pojechać, bo zajęcia miałam odwołane. Oglądałam po raz drugi ten film, ale podobał mi się tak samo jak za pierwszym razem, a może nawet bardziej, bo tym razem z audiodyskrypcją. Uwielbiam filmy, na których można się śmiać i płakać jednocześnie, są wyjątkowe. W czwartek byliśmy całą klasą na uroczystości otwarcia parkingu. W piątek miałam dobry dzień, dostałam dwie zadowalające oceny z polskiego i miło spędziłam czas na kulinarnych robiąc chińczyka. Wieczorem tym razem Paulina zaprosiła mnie na herbatę i ciasto, Patrycji niestety nie ma, bo wyjechała na weekend do domu. Wczoraj sporo czasu poświęciłam na pisanie tego jakże obszernego posta, wypisywałam dość długo nuty, sprzątałam też gospodarczy. Popołudniu wieszałam gazetkę na październik z panią Marzeną. Były też dwie przyjemności: jaskinia solna  i ciastko w Sweet Home w Izabelinie.
Dotarłam nareszcie do końca, mam wrażenie, że ten wpis jest taki monotonny, ale może to dlatego, że to wszystko musi się jakoś rozkręcić. Nie mam niestety zbyt dużo zdjęć, bo nie miałam kiedy ich robić, nie miał też w sumie kto, bo najczęściej ktoś robi je za mnie. Cieszę się, że mimo mojej nieobecności jesteście cierpliwi. Niby zaczął się październik, ale jeszcze się z tym nie oswoiłam, czuje się jakby był jeszcze wrzesień.

A Wam jak minął wrzesień?

1 komentarz:

  1. Kochana, wrzesień minął nam bardzo szybko. Bardzo miło czyta się twoje długie posty, więc nie zniechęcaj się. Skopiowałam sobie te ładne zdjęcia z Rogalina. Trzymaj się ciepło w te deszczowe dni.
    ciocia Aga

    OdpowiedzUsuń