Translate

sobota, 5 listopada 2016

Pokonuje i wspominam

Obiecałam Wam post jeszcze przed wyjazdem do Lasek, bo wiem, że później trudno będzie mi znów znaleźć na to czas. Woow ostatnio tyle wyświetleń było chyba pod postem z niespodzianką, bardzo się cieszę, że doceniliście moje starania. W takich momentach widzę, że naprawdę mam dla kogo pisać, jest mi tylko trochę przykro, że w ankiecie wzięły udział tylko 3 osoby, ale może po prostu nie chcecie dedykowanych wpisów.
Sama nie mam pojęcia dlaczego, ale w poniedziałek od rana byłam strasznie zaspana. Mieliśmy na przyrodzie bardzo ciekawą lekcje o cukrach. Mogłam przypomnieć sobie to i owo z gimnazjum z chemii i biologi, ale uświadomiłam sobie jednocześnie, że niestety mało pamiętam. Tamten dzień chyba miał coś w sobie, bo spotykałam sporo zaspanych osób. Na matematyce miałam nowy temat i wydawało mi się, że nic z niego nie rozumiem mimo że jest bardzo prosty. Na polskim pani zapowiedziała nam, że w piątek będziemy pisać pierwszą w tym roku prace na lekcji: interpretacje porównawczą. Wszyscy troje byliśmy przerażeni, kiedy pani wytłumaczyła nam jak się ją pisze, pewnie dlatego, że to pierwszy raz. Wtorek też nie należał do moich najlepszych dni. Trudno było mi się skupić na angielskim, jak zresztą całej klasie. Ucieszyłam się z dobrej oceny ze sprawdzianu z HISu. Bolała mnie głowa, więc nie poszłam na basen, wolniej szły mi zadania z matematyki i ćwiczenie na pianinie. Wieczorem pomagałam Luzie w zadaniu z matematyki, kiedy wróciłam do pokoju okazało się, że strasznie w nim śmierdzi, bo jest coś nie tak z moim kontaktem. Na całe szczęście później okazało się, że to nic poważnego. g  3Nie migałam zdecydować się czy jechać kolejnego dnia na wyjazd do kina. Wiedziałam, że jak nie pojadę to będę bardzo żałować, ale bałam się, że jak pojadę to nie wyrobię się z nauką. Ostatecznie postanowiłam, że pojadę, a pouczę się najwyżej w nocy. W środę rano Ania już drugi raz w tym tygodniu zrobiła mi koka. Na orientacji poszło mi zupełnie przeciwnie porównując do poprzedniego tygodnia. Byłam z siebie bardzo zadowolona, pani zresztą też, bo na koniec wzięła mnie do cukierni w nagrodę, co mnie bardzo zaskoczyło. Po zajęciach wypiłam szybko kakao i pojechałam do kina. Musieliśmy niestety czekać pół godziny na parkingu, bo nie do wszystkich doszła informacja, że zmieniła się godzina wyjazdu. Ostatecznie o 18 kilkunastoosobową grupą pojechaliśmy busem do kina Muranów na film „Historia Mari”. Początkowo były problemy z odbiornikami od audiodyskrypcji, ostatecznie puścili ją normalnie z głośników. Trudno mi jest opisać film, bo był po prostu niesamowity, dawno takiego nie widziałam. Kiedy się skończył nie umiałam wyrazić słowami tego co myślę, czuje, po prostu brakowało mi ich. Teraz, kiedy minęło już trochę czasu mogę napisać o nim kilka zdań. Film przedstawia historię głucho niewidomej dziewczyny, która została przeniesiona do ośrodka dla niesłyszących, aby tam nauczyć się komunikować z ludźmi. Opieki nad nią podjęła się jedna z sióstr zakonnych, bardzo chora na płuca. Każdy z tego filmu może wynieść co innego, zależy jacy jesteśmy, co na dany temat myślimy. Zaczęłam zastanawiać się na co ja narzekam i dlaczego, przecież bardzo dobrze słyszę, coś widzę. Na co dzień nie ma czasu, żeby się nad tym zastanowić, ale takie momenty są na to idealne. Bardzo dobrze, że istnieją takie filmy, oby jak najwięcej ludzi je oglądało, a przede wszystkim wynosiło z nich jak najwięcej dobrego. Niesamowita jest też w tym filmie siła przyjaźni między główną bohaterką, a jej opiekunką. Taka relacja może wiele zdziałać, na pewno każdy życzyłby sobie zawarcia takiej przyjaźni. Zachęcam gorąco absolutnie wszystkich, żeby poszli na ten film, uwierzcie mi warto. Wróciliśmy późno, byłam zmęczona, a czekała mnie jeszcze nauka, ale mimo to nie żałuje. W czwartek byliśmy na kontroli dentystycznej, myślałam, że będę się trochę denerwować, bo dawno nie siedziałam na fotelu, ale nie. Wygląda na to, że paniczny lęk mi już nie wróci, z czego ogromnie się cieszę. Dentystka wykryła mi 3 małe ubytki i zapowiedziała dwie wizyty. Byłam na siebie zła, bo zabrakło mi 1% do 4 z poprawy z matmy. Mimo wczesnego wstania udało mi się pobić rekord: z domku, w którym są kulinarne do A300 przemieściłam się w 5 minut. Po trudnym dniu odstresowałam się wizytą w V grupie. Przyszłam do Patrycji z kakaem, umówiłam się z nią w szkole na wieczór, żeby się wygadać. Załapałam się na gofry, które pani Jola zrobiła z dziewczynami. Przyszedł piątek, a wraz z nim pisanie interpretacji porównawczej. Teksty nie były jakieś bardzo trudne, ale mam wrażenie, że poszło mi beznadziejnie. Kiedy czytałam sobie to na końcu zdawało mi się, że tekst nie łączy się w całość. Wiem, że pisałam to pierwszy raz i nie mam wprawy, ale mimo wszystko jestem z siebie niezadowolona. Skończyłam kilkanaście minut po 6 lekcji, a umówiłam się z Patrycją i Weroniką. Dziewczyny były tak miłe, że poczekały na mnie i nie miały z tym żadnego problemu. Zdaje sobie sprawę, że przyjaciółki po prostu tak robią, ale dla mnie ktoś coś takiego zrobił pierwszy raz i byłam bardzo mile tym zaskoczona. Zrobiłam generalkę, bo nie chciałam zostawiać jej na sobotę pracującą. Wiedziałam, że nie będę miała siły posprzątać między szkołą, a zajęciami. Na kulinarnych robiłam leniwe, na które zaprosiłam Patrycje, Klaudie i Weronikę. Weronika niestety nie mogła przyjść ze względu na zajęcia. Zagadałam się oczywiście pod grupą z Patrycją, ale wiedziałam, że nie mogą długo rozmawiać, bo mam do zrobienia jeszcze na następny dzień dość sporo matematyki. Mało miałam siły, ale muzyka mnie zmobilizowała i uporałam się z pewnie kilkunastoma przykładami. Wieczorem przyszła Klaudia Wiśniewska i mogłyśmy sobie miło porozmawiać. Zaskoczyłam samą siebie, bo nawet nie wstawało mi się tak trudno, jak na to, że to była sobota pracująca. Lekcje jakoś przetrwałam, ale dwa czwartki to za dużo jak na jeden tydzień. Nie miałam drugiego wf, więc mogłam wracać z Patrycją, Weroniką i Agnieszką. Lekcja pianina kolejny już raz sprawiła mi ogromną przyjemność. Postanowiłam się zmobilizować i zrobić wszystkie prace domowe, żeby móc odpocząć w niedziele. Kolejnego dnia po niedzielnej mszy zostałam zaproszona na zbiórkę do grupy V, po niej do obiadu czas minął mi na wypisywaniu nut. Natomiast po obiedzie postanowiłam poćwiczyć na pianinie. Zdałam sobie sprawę, że mam o wiele większą mobilizacje w porównaniu do zeszłego roku szkolnego. To chyba dlatego, że gram coraz trudniejsze utwory i widzę swoje postępy. Poszłam z panią Marzeną, Luizą i Anią na różaniec do kaplicy. Wieczorem Patrycja przyszła z Natalią, głównym celem była prośba o pożyczenie teczki, ale oprócz tego pogadałyśmy sobie oczywiście trochę. Poniedziałek był ostatnim dniem pierwszego śród okresu, byłam w miarę zadowolona z ocen, ale jak to zwykle ja twierdziłam, że zawsze mogło być lepiej. Bałam się trochę przed wizytą u dentysty, ale oprócz tego, że wydawało mi się, że trwała długo (pewnie dlatego, że dawno nie siedziałam na fotelu) to wszystko było dobrze. Poprosiłam poprzedniego dnia Martynę, żeby zapytała trójkę nauczycieli z gimnazjum czy mogłabym przyjść posiedzieć na lekcjach. Od jednej nauczycielki odpowiedź dostałam szybko. Kiedy biegłam do A300, Martyna zadzwoniła do mnie z ciekawą propozycją od pani Roszak, mojej polonistki  z gimnazjum. Pani poprosiła mnie, żebym poprowadziła lekcje o niewidomych, niedowidzących, opowiedziała trochę o Laskach. Moją pierwszą reakcją był strach, wrażenie, że kompletnie się do tego nie nadaje i nie podołam. Po przemyśleniu sprawy, doszłam do wniosku, że to bardzo dobry pomysł i właściwie czemu miałabym nie spróbować, przecież wyzwania są po to, żeby je podejmować i pokonywać. Sama byłam sobą zaskoczona, bo dobrze pamiętam gimnazjalne czasy, kiedy strasznie denerwowałam się przed prowadzeniem lekcji i starałam się zrobić wszystko, żeby tego uniknąć. Mam kolejny dowód, że się zmieniłam, dojrzałam, otworzyłam. Bałam się trochę, ale mówiłam sobie, że pokonam kolejną barierę i jednocześnie opowiem innym coś czego nie wiedzą. Pani Ola poprosiła mnie o napisanie relacji filmu „Historia Mari” do gazety szkolnej , ucieszyłam się, bo będę miała możliwość przelać na papier to co trudno mi opowiedzieć. We wtorek po szkole pomagałam Patrycji w przykładach z potęg. Myślałam, że nie umiem tłumaczyć, a jednak coś mi wyszło, bo Patrycja zrozumiała sporo. Wieczorem poprosiłam panią Marzenę, żeby pomogła mi w prasowaniu, żelazka jak na razie nie tykam się całkiem sama, dodatkowo prasowanie koszul jest dość trudne. Pani musiała porozmawiać z panią Anią, więc miałam poczekać, ale na szczęście pani Agata z V grupy chętnie mi pomogła. W szkole Patrycja pochwaliła mi się, że jako jedyna miała odrobioną całą pracę domową i nie musiała prawie nic pisać na lekcji. Cieszyło mnie, że mogłam pomóc przyjaciółce. Na orientacji zrobiłam kolejny mały krok, pokonałam swoją barierę. Starałam się uczyć, ale nie szło mi, bo myślałam o powrocie do domu. Cały tydzień właściwie nie mogłam się doczekać. W czwartek Klaudia zaprosiła mnie na leczo. W piątek Marta przyjechała po mnie, miałyśmy jechać pociągiem o 17, ale niestety się na niego spóźniłyśmy. Jechałyśmy 4 razy dłużej 708. Ostatecznie pojechałyśmy pociągiem o 19, byłyśmy w domu koło 22. Radość była oczywiście ogromna, jak zawsze. W sobotę sporo odpoczywałam, trochę odrabiałam matmę, bo pani Jola mi jej sporo zadała. Większość czasu poświęciłam na dopracowywanie poprzedniego wpisu, który zajął mi naprawdę dużo czasu. W niedziele poszłyśmy na siostrzany spacer z psami. Przygotowywałam się trochę do lekcji polskiego. W poniedziałek pojechałam kupić z mamą buty. Słuchałam Kordiana, ale niestety nie szło mi najlepiej, bo mało rozumiałam. 1 listopada świętowaliśmy tak samo jak co roku. Na początku był obiad u nas w domu z babcią i ciocią, potem msza na cmentarzu na Sołaczu, a na koniec spotkanie na jeżyckim cmentarzu i pójście do Banaszaków na kawę i ciasto. Siedzieliśmy sobie wszyscy razem w rodzinnej atmosferze, dawno nie było nas tyle osób naraz. Najlepiej obrazuje to nasze wspólne zdjęcie:
Cała rodzina siedzi razem: dziadkowie, ich troje dzieci z rodzinami, ciocia Ela, jej dwójka dzieci z rodzinami

Postanowiłam zapytać Kamila czy nie odpowiedziałby mi na pytanie: Czego oczekujesz jako niewidomy/niedowidzący od widzących ludzi? Pani Roszak zaproponowała mi to jako jeden z tematów, który mogłabym poruszyć. Doszłam do wniosku, że oprócz mojego zdania ciekawie będzie też przedstawić pogląd niewidomej osoby, wiedziałam, że Kamil napisze ciekawą wypowiedź. Dodam Wam ją tutaj, może niektórzy z Was się czegoś nauczą, może pomoże Wam to jakoś.
Kamil WIśniewski
Niewidomi są różni (jak wszyscy, oczywiście). Nie każdy to jednak dostrzega. Ludzie często postrzegają nas tak samo. Jeśli ktoś widzi na przystanku tramwajowym osobę niewidomą trzymającą palce w oczach i kiwającą się do przodu i do tyłu, natychmiast nabiera przekonania, że widzi typowego przedstawiciela gatunku "niewidomy". Nic bardziej mylnego! W taki sposób tworzą się stereotypy i to właśnie one w kontaktach z widzącymi przeszkadzają mi chyba najbardziej. Wszystko zaczyna się i kończy na osobowości.
Osoby niewidome mają niestety różne potrzeby. Dlatego nie można stworzyć pewnego uniwersalnego wzorca zachowań, który w pewny i jasny sposób określałby formę postępowania w danej sytuacji. Można natomiast wyodrębnić pewne ogólne zasady.
Przede wszystkim komunikacja.
Opierajmy wszystko na dialogu. Nie bójmy się zadawać osobie niewidomej pytań: "Czy potrzebuje Pan \ Pani pomocy, jeśli tak to jakiej, czy robię to dobrze, czy może powinienem coś skorygować, itd...".
Ważne jest również, by zdawać sobie sprawę, że nie każda spotkana na ulicy osoba z białą laską potrzebuje pomocy. Gdy mijasz niewidomego pewnie idącego ulicą, nie musisz zaczepiać go i pytać, czy możesz pomóc. Najprawdopodobniej jeśli wyszedł sam na ulicę, to wiedział z czym to się wiąże i jak się zachować.
Dobrze udzielona pomoc jest bardzo ważna. Niedopuszczalne jest wzięci niewidomego bez ostrzeżenia za rękę i ciągnięcie w niewiadomym kierunku. Traci on wówczas punkt odniesienia, jest zdezorientowany i nie wie, co się dzieje.
Nie bierzmy także za złe osobie niewidomej, jeśli nam odmówi i powie, że nie potrzebuje naszej pomocy. Tak samo jak każdy człowiek ma do tego pełne prawo. W takiej sytuacji nie zamykajmy się w sobie, lecz bądź my otwarciej i dalej oferujmy pomoc.
Często spotykam się ze stwierdzeniem: "Ty tego nie zrobisz, bo nie widzisz!". Z miejsca robi mi się przykro. jest to zdanie oceniający. Unikajmy tego. Zdecydowanie lepiej jest zapytać: "Czy możesz \ potrafisz to zrobić". osoby niewidome mają opracowanych wiele metod z których inni nie zdają sobie sprawy, dlatego mogą wykonywać większość czynności, o które osoby widzące nawet by ich nie podejrzewały.

W środę udało mi się skończyć lekturę. Wizyta u okulisty przebiegła bardzo dobrze. Wieczorem czytałam sobie notatki, które zrobiłam, żeby wiedzieć co chce powiedzieć na lekcji polskiego w klasie Martyny i Ani. Zadzwoniłam też do Patrycji, żeby podzielić się z nią wierszem, który mamy mówić na akademii na 11 listopada. Straciłam poczucie czasu i rozmawiałam z nią około godzinę, ale to właściwie dobrze, bo przynajmniej mniej się denerwowałam. W czwartek Marta podwiozła mnie i Martynę, poszłyśmy na 7:30 na mszę do szkolnej kaplicy. Bardzo brakuje mi na co dzień tych szkolnych mszy, dobrze mi się zawsze na nich modliło. Nadeszła chwila na opowiedzenie klasie 2BGim o życiu osób z dysfunkcją wzroku. Na samym początku bardzo się denerwowałam, Martyna mi potem powiedziała, że było po mnie widać, ale jak już zaczęłam to jakoś poszło. Myślę, że im się nawet podobało, bo słuchali uważnie. Mam nadzieje, że wynieśli z tej lekcji dużo i wykorzystają to, jeśli będą mieli okazje. Kiedy skończyłam zadali mi kilka pytań, chociaż tak jak się spodziewałam nie było ich dużo, najwięcej zadała ich pani Roszak. Pokazałam im też kilka przedmiotów, które pomagają osobom niewidomym, niedowidzącym np. białą laskę, maszynę, czujnik. Na podsumowanie obejrzeliśmy filmik: N jak niewidomy. Na koniec dwóch lekcji zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. 
Klasa 2BGim ze mną i panią Roszak stoi na tle zielonej tablicy i rzutnika 

Na 3 lekcji byłam też u pani Roszak na polskim u klasy 2ALO, potem na dwóch matematykach znowu w 2BGim, robiłam zadania z matematyki rozszerzonej. Siedziałam na lekcjach do 14:45, a na 8 lekcji poszłam do kaplicy się trochę pomodlić, czekałam też z Martą na Martynę. Udało mi się trochę pogadać z Asią, Adą, Anią i Marysią. Bolała mnie głowa od hałasu, chyba  odzwyczaiłam się od tego gwaru przez ten ponad rok. Na jednej przerwie rozmawiałam też trochę z Mikołajem, który też chodził ze mną do gimnazjum. Okazało się, że szukał mnie po całej szkole, nie pomyślałabym, że aż tak chciał się ze mną zobaczyć. Miło jest coś takiego usłyszeć, szczególnie od osoby, z którą nie rozmawiało się przez 3 lata bycia z nią w klasie. Po skończeniu się 8 lekcji pojechałyśmy do pizzy hat (ja, Marta, Zuzia, Martyna i Ania), czekali na nas tam już dziadkowie. 
Siedzimy przy stoliku w Pizzy hat, po lewej ja, Martyna, Ania, na środku z przodu Marta, z tyłu babcia, po prawej dziadek i Zuzia

Kolejne dwa dni głównie korzystałam jeszcze z domu, ale nie tylko. W piątek pojechałam jeszcze raz do szkoły, bo pani Chowaniak zaprosiła mnie na urodzinki klasowe w klasie Martyny i Ani. Przypomniałam sobie jak to było jeździć 74 do szkoły. Popołudniu poszłyśmy w trójkę na zupę pomidorową do babci Krysi. Dzisiejszy dzień mi strasznie szybko minął, tak samo jak cała przerwa i trudno mi uwierzyć, że jutro będę musiała wrócić do internatu.

Postanowiłam dziś sobie trochę powspominać i przeczytałam dwa wpisy pisane dokładnie rok temu. Rozwinęłam się chyba przez ten rok, bo jak tak sobie porównam to piszę trochę inaczej. Podobnie, ale mimo wszystko to nie to samo, ciekawe jak to będzie dalej. Z roku na rok wszystko się zmienia, taka jest chyba kolej rzeczy. Cytując moją kochaną kuzynkę miłego życia.