Translate

poniedziałek, 28 maja 2018

Matury

Od zakończenia moich matur minął już ponad tydzień, więc postanowiłam, że to dobry moment na napisanie czegoś o nich. Może ten wpis nie będzie jakich bardzo długi, ale myślę, że treściwy.
W czwartek 3 maja wyruszyłam w drogę do Lasek, aby kolejnego dnia przystąpić do pierwszych egzaminów maturalnych. W internacie byłyśmy tylko w trójkę, bo reszta dziewczyn jeszcze odpoczywała na majówce (zjazd był dopiero w niedziele). W piątek wstałam po 6, bo postanowiłam pójść rano na mszę. Zjadłam sobie śniadanie, po którym przyszła siostra Jana Maria mnie uczesać. Wyszłam z internatu po 8, bo mieliśmy być w szkole o 8:30. Egzamin z podstawowego języka polskiego rozpoczął się równo o 9. Miałam niestety małe problemy z komputerem (możliwe, że z mojej winy, bo dawno nie miałam styczności z tego typu klawiaturą). Przedłużyli mi czas pracy o kilka minut, ale i tak mam wrażenie, że mogłam jeszcze więcej razy przeczytać rozprawkę, bo mogłam zrobić w niej literówki lub błędy. Pomyśleć, że na próbnych zawsze wychodziłam przed czasem i sądziłam, że teraz też tak będzie, ale myślę, że stres i powaga sytuacji wszystko zmieniają. Bardzo szybko zjadłam obiad i wróciłam do szkoły na egzamin z rozszerzenia. Na samym początku dość trudno mi się go pisało, bo byłam już  bardzo zmęczona, po jakimś czasie było niby lepiej, ale może dlatego, że starałam się maksymalnie zmobilizować. Koło 17:30 udało mi się skończyć, zjadłam kanapkę w szkole i wróciłam do internatu. Dopiero kiedy padłam na łóżko poczułam, jak bardzo byłam zmęczona. Sama nie wiedziałam, jak mi poszło, ale zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby było, jak najlepiej. W sobotę wyspałam się, zrobiłam sobie małą powtórkę z matematyki i poszłam na obiad do internatu chłopaków. Popołudniu pojechałam do pani Joli (wychowawczyni z mojej grupy), która mieszka w Izabelinie. Myślałam, że spędzę u niej z 2 lub 3 godziny, a siedziałam chyba z 5. Zrobiłyśmy z panią Jolą sałatkę z makaronem i kurczakiem, a później przyjechała moja druga wychowawczyni pani Agata ze swoimi córkami. W między czasie do internatu przyjechała Klaudia, która zdawała ze mną dwie matury. W niedziele poszłyśmy wspólnie z Klaudią na mszę, po której do grup przyszły już wychowawczynie na dyżur. Popołudniu przeszłyśmy się z panią Edytą do sklepu na lody. W poniedziałek stresowałam się już mniej niż w piątek, może udzielił mi się dobry nastrój urodzinowy. Byłam bardzo zadowolona z matury z matematyki. Sprawdziłam nawet później odpowiedzi i prawdopodobnie będę miała mało błędów. Po obiedzie pojechałyśmy z Klaudią i Pauliną do Costy trochę się odstresować. Wieczorem wyprawiałam dziewiętnaste urodziny w grupie. 
                                          Mój tort urodzinowy z zapaloną świeczką
             Siedzimy przy nakryty stole: Kasia, Patrycja, Luiza, Maja, Jola, Weronika, Oliwia, Paulina, ja, Klaudia 

We wtorek był angielski, w sumie sama nie wiem, co mogłabym o nim powiedzieć. Czytanie długich tekstów z komputera dość mocno męczy i mogło mi trochę przeszkodzić w dobrych odpowiedziach. Wszystko okaże się w lipcu. Natomiast o środzie mogłabym pisać i pisać, ale chyba wolę, aż tak do tego nie wracać. Po prostu bez przerwy siedziałam bite cztery i pół godziny nad matematyką rozszerzoną, starałam się zrobić tyle ile umiem, a i tak byłam z siebie bardzo niezadowolona. Pociesza mnie fakt, że jak później się dowiedziałam, egzamin był bardzo trudny, uważają tak wszyscy: uczniowie, a nawet nauczyciele. Reszta tygodnia upłynęła mi na odstresowaniu się, co zajęło mi naprawdę dużo czasu. W piątek wieczorem wybrałyśmy się z panią Anią do lasu na długi spacer, podczas, którego bardzo mocno pogryzły nas komary. W sobotę większość naszej klasy spotkała się w szkole z panią Agnieszką na „burze mózgów”, aby zrobić powtórkę przed ustnym polskim. W niedziele po kościele wybrałyśmy się w dwie grupy do kawiarni na piwną. Siostra zaserwowała nam gofry, biały blok, kawę i kakao. Później pani Ania zrobiła nam zdjęcia przy kwiecie rododendronu. Myślę, że wszystkie dziewczyny i nasze panie były bardzo zadowolone z tego wyjazdu. 
Ja i Patrycja siedzimy przy stole i rozmawiamy
Weronika, ja i Weronika stoimy na dziedzińcu

W poniedziałek przyszedł czas na egzamin z ustnego języka polskiego. Na moje nieszczęście byłam dopiero szósta, więc stres zżerał mnie długo, szczególnie kiedy kolejne osoby wychodziły i mówiły, jakie miłe miały tematy. Tak, jak się spodziewałam wylosowałam temat językowy, ale na szczęście nie był on aż tak bardzo trudny. Sądziłam, że powiedziałam za mało, ale po ogłoszeniu wyników okazało się, że uzyskałam dużo punktów. We wtorek odbyło się kolejne święto ośrodka, w którym uczestniczyłam. Tym razem część artystyczna wyglądała nieco inaczej. Absolwenci i pracownicy ośrodka wzięli udział w teleturnieju o nazwie laskoliada. Po obiedzie poszłyśmy wspólnie z dziewczynami do kawiarenki na lody i ciasto. Wieczorem odbyło się ognisko, przy którym pracownicy ośrodka opowiadali o dawnych czasach w Laskach. W środę pojechałyśmy z Patrycją do MacDonalda na nasz pożegnalny wyjazd. W drodze powrotnej niestety bardzo zmokłyśmy, bo czekałyśmy na autobus na przystanku bez daszka. Miałam wrażenie, że w Laskach padało jeszcze bardziej, na domiar złego weszłyśmy w kałuże do kostek. Nigdy nie byłam aż tak przemoczona, ale przynajmniej miałyśmy przygodę. W czwartek wieczorem przyjechał tata, poczęstowałam go ciastem, które zrobiłam tego samego dnia na kulinarnych. W piątek odbył się nasz ostatni egzamin: ustny angielski. Tym razem byłam jako pierwsza, więc miałam mniej czasu na stres. Wylosowałam niestety dość trudny obrazek, ale jakoś sobie poradziłam, bo znów mój wynik był wysoki i zadowalał mnie bardzo. Już po 10 wracaliśmy z Luizą i tatą do internatu, ja, żeby się spakować, a Luiza odpocząć. 
                         Ja i Luiza stoimy na tle zieleni w strojach galowych

Zjedliśmy z tatą obiad i koło 13 ruszyliśmy w drogę do Poznania. 

Właśnie tak minęły mi moje egzaminy maturalne, a teraz przyszedł czas na moje najdłuższe wakacje w życiu!

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Koniec LO i początek...

Bardzo dawno mnie tu nie było, aż 3 miesiące, bo przecież ostatnim razem opisywałam Wam w ferie studniówkę. Czemu nie pisałam? Wiedziałam, że jak zacznę to nie skończę zbyt szybko, a czas poświęcałam na powtórki do matury. Miesiące  przebiegły szybko, dużo się działo, choć właściwie nie zawsze, a zresztą sami zaraz się przekonacie. Od razu uprzedza Was, że post nie będzie bardzo dokładny, bo z moją pamięcią jest ostatnio niezbyt dobrze, jak na mnie. 
Na początku lutego przeżywaliśmy święto szkoły, rozpoczęliśmy mszą świętą, a później słuchaliśmy wykładu na temat naszego patrona świętego Tomasza z Akwinu. W drugiej połowie lutego Martyna odwiedziła mnie, żeby umilić sobie ferie. Jednym z dni, w które była u mnie w Laskach, były jej urodziny, więc postanowiłam zabrać ją na dobry obiad do warszawskiej, włoskiej restauracji. Zjadłyśmy pyszny makaron z łososiem i pizze. 
                                           Selfie z Martyną 

Za to kolejnego dnia popołudniu pojechałyśmy do kina. Trafiła nam się może niezbyt ambitna, ale za to zabawna komedia. W piątek rano pożegnałam się z Martyną, która zamierzała się dopakować i pojechać do Warszawy, jeszcze trochę pochodzić po mieście i wrócić pociągiem do Poznania, a ja pojechałam na targi uczelni z całą moją klasą. Marzec szybko się zaczął, w drugi piątek  miesiąca pojechałyśmy z Patrycja do mnie do Poznania na weekend. Pierwsza część naszej podróży była bardzo nerwowa. Niestety spóźniłyśmy się na autobus, którym miałyśmy jechać i musiałyśmy czekać na następny. Nie miałyśmy praktycznie szans na to, żeby zdążyć na pociąg, ale na szczęście szybko udało nam się przejść/przebiec drogę z metra na peron. Okazało się również, że pociąg jest opóźniony o kilka minut. Wieczorem oprowadziłam Patrycje po prawie całym domu. W sobotę po wyspaniu się pojechałyśmy z mamą do palmiarni. Dodatkowo przejechałyśmy się szybkim tramwajem i przeszłyśmy fragment miasta. Popołudniu przyszedł Mikołaj i rozmawialiśmy sobie w trójkę przy herbacie. Wieczorem pojechałyśmy z rodzicami na eucharystie. Patrycja była ciekawa, jak wygląda msza w neokatechumenacie, więc się wybrałyśmy. 
Patrycja i ja siedzimy na krzesłach, ja trzymam kwiatki 

W niedziele za to pojechaliśmy (ja, rodzice, Martyna i Patrycja) do poznańskiego muzeum rogala, żeby Patrycja poznała trochę gwary poznańską. 
ZDJ MUZEUM ROGAL
Popołudniu wróciłyśmy z mamą do Lasek. Obie uznałyśmy, że weekend był bardzo udany, ale jednocześnie za krótki. Pod koniec marca wyprawiałyśmy całą grupą imieniny administracji wewnętrznej (siostrze Janie, która jest administratorką internatu, paniom z dyżurki, paniom sprzątającym  i panu od napraw). Przyszli prawie wszyscy solenizanci. Na początek złożyłyśmy im życie, rozdając prezenty. Siedzieliśmy wspólnie przy ciastach i herbacie, aby urozmaicić czas solenizanci opowiadali nam o swojej pracy, czytałyśmy również przysłowia o dniu świętego Józefa i o imionach solenizantów. Nadszedł czas świąt, czas odpoczynku czas zadumy, czas, który był mi bardzo potrzebny. W niedziele do śniadania wielkanocnego zasiadło 17 osób. 
Siedzimy wszyscy przy stole wielkanocnym: Ania,   Gosia z Marysią na rękach, Mateusz, wujek Kuba, ciocia Aga, pani Jola, Marysia, Martyna, babcia Miecia, dziadek Jasiu, ja, tata, mama, Marek, Hania, babcia Krysia, ciocia Maja. Dla wyjaśnienia nie wszyscy są na zdjęciu, ale taki skład stołu był. 

Mówiąc szczerze przy takich spotkaniach są dwie strony medalu. Cudownie jest spotkać się w tak dużym gronie, porozmawiać, powspominać, pośmiać się, ale z drugiej strony takie spotkania są męczące. Nakrywanie, przygotowywanie potraw, sprzątanie, ale reasumując bardziej dostrzega się plusy niż minusy. W poniedziałek wielkanocny spotkaliśmy się już w mniejszym gronie u Banaszaków na oglądaniu zdjęć z ich zimowego wyjazdu i graniu w karty. We wtorek musiałam już wracać do Lasek, żeby od środy do soboty pochodzić znów do jabłonkowej szkoły. W sobotę czekały nas próbne egzaminy ustne z języka polskiego. Wszyscy się chyba stresowaliśmy, jedni bardziej ,drudzy mniej. Byłam mile zaskoczona swoim wynikiem i przebiegiem całego egzaminu właściwie częściowo też. Ostatnie tygodnie szkoły nie były proste, sporo zaliczeń, prac, próbnych arkuszy z matematyki, ale dotrwaliśmy wszyscy dzielnie do końca. W jeden z kwietniowych poniedziałek pani Edyta zabrała mnie i Patrycje do fabryki czekolady, było to dla nas wielką niespodzianką, bo do samego końca nie wiedziałyśmy dokąd idziemy. Miałyśmy okazje ozdobić i zapakować swoje własne czekolady, które ważne są aż przez pół roku (chyba zjem swoją w matury). Dowiedziałyśmy się też trochę w jaki sposób robi się czekoladę. To popołudnie było dla mnie idealnym odstresowaniem przed ogromną ustną odpowiedzią z angielskiego. 
Manufaktura czekolady
Ja i Patrycja ozdabiamy swoje czekolady dodatkami

W jeden z środowych, kwietniowych wieczorów odwiedził mnie na chwile Marek, żeby przywieść mi wiosenne ciuchy. 
Ja i Marek za nami w tle baner ze zdjęciem na dyżurce, na którym idę z Martyną i Martą lipówką 

W poprzednią niedziele w naszym ośrodku odbył się koncert jazzowo-soulowy, na którym grali panowie z Amerykańskiej Orkiestry Sił Powietrznych. Z początku nie miałam chęci się na nim pojawić, ale zostałam przekonana i nie żałowałam tego. Co prawda nie jest wielką fanką jazzu, ale poza lekkim bólem głowy (siedziałam w pierwszym rzędzie) koncert uważam za bardzo udany. 
Pięciu panów, a przed nimi: Luiza, Mirela, ja, Weronika, Agatka i Ewa

Wszystkie oceny zostały wystawione i tydzień później odbyło się nasze rozdanie świadectw. Jak na jabłonkowych absolwentów przystało oprócz świadectwa dostaliśmy również róże i jabłko. Dzień przed zakończeniem w naszej kaplicy internatowej odbyła się msza za maturzystów. Tym razem już po raz 8 w mojej edukacji szkolnej udało mi się uzyskać świadectwo z wyróżnieniem (tak zwanym czerwonym paskiem). 
I tak właśnie zakończyłam liceum, które było dla mnie inspiracją do rozpoczęcia pisania bloga, a tak właściwie nie ono sama, bardziej przeprowadzka pod Warszawę. Wróciłam do domu z myślę, że jeszcze tam przyjadę, że to nie zupełny koniec, przecież w maju będzie matura, a w czerwcu ślubowanie i pożegnanie, ale mimo to wszystko czuje pewną pustkę. Wiem, że już nigdy nie będę uczennicą, nie dostanę ocen szkolnych, nie napisze sprawdzianów, kartkówek. Wszystko się zmieni, będzie zupełnie inne niż przez poprzednie 12 lat. Taka perspektywa trochę cieszy, jednocześnie przeraża, ale cóż teraz trzeba skupić się na maturze, która zacznie się już za 4 dni, a dopiero po niej będę zastanawiać się, jak to wszystko będzie dalej. Właśnie doszłam do momentu, w którym chce Was wszystkich bardzo mocno prosić o modlitwę i trzymanie kciuków. Chciałabym się nie stresować, ale jak ktoś choć trochę mnie zna, to wie, że akurat to jest niemożliwe. Najbardziej to boje się chyba matematyki rozszerzonej i ustnych (angielskiego, polskiego), więc proszę Was o pamięć przez te w moim przypadku równe 2 tygodnie. 

      Życzę Wam spokojnej majówki!       

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Dużo szczęścia i zabawy

Chciałam zacząć tego posta już kilka dni temu, ale jakoś nie umiałam się do niego zabrać. Dawno mnie tu nie było, chyba z ponad 2 miesiące, ale postaram się nadrobić zaległości najlepiej, jak umiem. 
Pod koniec listopada byłam w domu na weekend. W grudniu zaangażowałam się dość mocno w przedstawienia świąteczne, po części sama, ale w pewnym stopniu też zostałam zaangażowana. Zaczęły się również próby poloneza i spotkania, na których próbowaliśmy ułożyć program studniówkowego przedstawienia. Miałam na głowie dużo spraw, ale jak to zawsze starałam się z wszystkim wyrabiać i robić to, jak najlepiej. W piątek 15 grudnia odbył się opłatek ośrodkowy z księdzem kardynałem, w poniedziałek wigilia internatowa, a w środę jeszcze łamaliśmy się opłatkiem w szkole. Nadszedł czas świąt, a wraz z nim również czas rozjazdu do naszych domów. W domu, jak to co roku przed świętami było sporo pracy, a w tym roku to już szczególnie, bo do wigilijnego stołu zasiadło 15 osób. Na początku grudnia z powodu choroby babci do naszego domu wprowadzili się rodzice mamy. Babci bardzo zależało, żebyśmy byli wszyscy razem w Wigilie, co bardzo nam się udało. Zwykle siadaliśmy do wigilijnej kolacji koło 18, a w tym roku było to już po 16. Święta upłynęły nam bardzo rodzinnie i wesoło. Na 22 poszłam z Martyną na pasterkę, a w pierwsze święto przyszli Dominikowscy i Marek z Hanią. W drugie święto natomiast zjedliśmy obiad razem z Banaszakami. 
                                            Babcia siedzi obok choinki, pod którą są prezenty
Siedzimy wszyscy przy nakrytym wigilijnym stole, po lewej: ja, tata, mama, ciocia Maja, babcia Krysia, na szczycie babcia Miecia, a po prawej ciocia Aga, wujek Kuba, Marysia, Ania, Martyna, Marta
                                          Stoimy wszyscy razem, tata trzyma w rękach biblie
                                             Shelly i Moka siedzią, a Tara leży obok choinki
Babcia siedzi, ja stoję obok niej, przed nami stół 

Kilka dni minęło i Nowy Rok szybko przyszedł. Nasza rodzinka zebrała się kolejny raz u nas w domu, żeby po świętować imieniny babci. Późnym wieczorem czekała nas wspaniała niespodzianka. Okazało się, że w Częstochowie o 22:05 urodziła się Maria Magdalena Glema. Cieszyłam się, ale jednocześnie nie wierzyłam, że to już, bo przecież tak niedawno dowiedziałam się o jej istnieniu.  




Na wszystkich zdjęciach Marysia w czapce lub bez 

Po powrocie do Lasek zaczął się okres wielu prób do studniówki Wraz z Panem Dyrektorem codziennie coś dopracowywaliśmy, żeby wszystko się udało. 13 stycznia z jednej strony nadszedł szybko, a z drugiej bardzo chcieliśmy mieć to wszystko za sobą i dłużył nam się ten ostatni tydzień. Baliśmy się wszyscy jak to będzie, czy nam wyjdzie, ale jak to zwykle bywa w takich sytuacjach wszystko nam się udało, wszyscy byli zadowoleni i dobrze się bawili do 2, a niektórzy chcieli nawet dłużej. 
                                           Moja fryzura studniówkowa: róża ze spinkami
                                             Dima, ja i Piotrek witamy gości na studniówce
                                         Tańczymy poloneza 
                                              Wszyscy studniówkowicze, a w tle scena
                           Przedstawienie: siedzę przy biurku, trzymam w rękach mikrofon
Martyna, ja i mama aa stołem na jadalni 
                                              Ja i Patrycja siedzimy przy stole w kawiarence
                            Weronika, Paulina, ja i Patrycja siedzimy w holu Domu Przyjaciół
Ja i Martyna tańczymy w tle inne pary 
Ja i tata tańczymy

Kiedy część oficjalna już się skończyła cały stres mi puścił i mogłam bawić się głównie z rodzicami i Martyną, ale również z wychowawczyniami, nauczycielami, siostrami, koleżankami, kolegami. Wytańczyłam się za wszystkie czasy. Nogi bolały mnie przez kilka dni. Tydzień upłynął szybko i przyszedł czas na powrót do domu. Kolejny już raz wracałam do Poznania Polskim Busem, tylko tym razem całkowicie sama, bez pani Anety za plecami. W sumie nie było to trudne, ale byłam z siebie zadowolona, bo to był pierwszy w 100% samodzielny powrót. Ferie zaczęłam szybko, z czego nie byłam za bardzo zadowolona, ale cóż terminu się przecież nie wybiera. Wjechaliśmy na chwile po Martynę do domu i tata zawiózł nas do Pijarów na czuwanie. Byłam trochę zmęczona podróżą, ale mimo to zależało mi, żeby tam być, bo rzadko mam taką okazje. W sobotę pierwszy raz poszłam do Marysi, jest prześliczna, taka urocza i maleńka, mniejsza niż na zdjęciach. Popołudniu poszłam jeszcze raz, byłam przy pierwszym karmieniu butelką i trzymałam ją nawet chwile na rękach.
                                                    Marysia pije z butelki
                                                      Trzymam Marysie na rękach
                          Bujam Marysie w wózku na klatce schodowej

W niedziele ja, Martyna i tata pojechaliśmy do Pijarów na msze, przyjechaliśmy akurat w tym samym momencie co Banaszaki. Po mszy wpadliśmy do babci Krysi złożyć jej życzenia z okazji dnia babci, a później do domu uszykować wszystko na obchody dnia babci i dziadka u nas w domu. Wszystkie wnuki zebrały się razem, aby spędzić ten dzień wspólnie z dziadkami. Najpierw zjedliśmy pyszny, babciny rosół, a później zamówioną wcześniej pizze. Ferie spędzam głównie w domu, ale nie nudzę się. Często chodzę odwiedzić Mery, bujam ją w wózku na klatce schodowej albo trzymam na rękach w mieszkaniu, ostatnio nawet udało mi się ją uśpić. Spędzam też czas z babcią i dziadkiem, których mam w domu. Dni mijają szybko, jak to zwykle w domu, ale pociesza mnie myśl, że już niedługo wrócę na stałe. 

Post może nie był za długi, ale mam nadzieje, że Wam się podobał i miło Wam się czytało!

niedziela, 19 listopada 2017

Początek końca

Wrzesień prawie już się kończy, a posta ode mnie jak nie było tak nie ma, ale nareszcie jest. Zaniedbałam Was znów trochę, ale to wdrożenie się w tryb szkolny trochę mnie pochłonęło. Na całe szczęście już się mobilizuje, siadam i nadrabiam zaległości. Co prawda może to nie będzie proste, bo tym razem nie robiłam notatek, ale zobaczymy, może jakoś sobie poradzę 
3 września ja, tata i Marta ruszyliśmy w stronę Lasek samochodem zapakowanym po brzegi moimi wszystkimi rzeczami. Ostatni mój rok liceum, ostatni w Laskach stawał się realny, zostałam najprawdziwszą maturzystką. Siostra kierowniczka zaskoczyła mnie wieczorem propozycją śpiewania psalmu na mszy rozpoczynającej rok szkolny, oczywiście przyjęłam ją. Marta z tatą pojechali zostawiając mnie na te 4 tygodnie tutaj. 4 września rozpoczęliśmy ten nowy rok szkolny 2017/2018, naprawdę aż trudno uwierzyć w to, że ten czas tak galopuje i że to już ten rok. Psalm wyszedł mi nawet nieźle, im śpiewam więcej tym czuje się pewniej. Pani Małgosia, psycholog stwierdziła, że śpiewałam bardzo odważnie. Popołudniu czułam się jakoś nieswojo, myślę, że to przez nagłą zmianę otoczenia. Aaa zapomniałam Wam napisać, że zmieniłam grupę. Przeniosłam się do V, żeby być z Patrycją i Weroniką w pokoju, żeby nie musieć tak latać pomiędzy grupami. Co prawda nie była to dla mnie prosta decyzja, bo uwielbiam VI, spędziłam w niej świetne 2 lata, no, ale coś za coś. Ogromnym plusem jest to, że zawsze mogę przejść przez gospodarczy i odwiedzić dziewczyny lub wychowawczynie. Pierwszy dzień szkoły przyniósł nam pierwsze informacje o MATURZE (myślę, że to będzie najczęstsze słowo, które będę słyszała w tym roku szkolnym. To są właśnie wspaniałe uroki bycia w klasie maturalnej. Dni płynęły, wszystko powoli zaczynało się rozkręcać. Nauczyciele od zajęć dodatkowych przychodzili i ustalali nam zajęcia. Sama nie wiem jak to się stało, ale powiem Wam szczerze, że mój tegoroczny plan nie wygląda nawet tak tragicznie. Od razu w pierwszym tygodniu zgłosiłam się do dyżuru koszowego, żeby mieć go za sobą. Znaczną zmianą dla mnie było to, że w V grupie dyżur koszowy robi jedna osoba, a w VI robi się go w parach, ale tak właściwie dla mnie jest to na rękę, bo przynajmniej będę robiła go rzadziej. 9 września mieliśmy pierwszą sobotę pracującą, odrabialiśmy poniedziałek 30 października. W niedziele popołudniu zamówiłyśmy sobie z dziewczynami pizze do internatu. 

To co przeczytaliście wyżej napisałam jakoś w drugiej połowie września Właściwie nie wiem dlaczego na tym zaprzestałam. Może powodem był brak weny albo zbyt duże przejęcie się klasą maturalną. W każdym razie teraz wracam i próbuje Wam coś napisać. Tak właściwie powiem Wam szczerze, że nie wiem co by to miało być. Moja codzienność jest bardzo podobna do tej, którą miałam poprzednie 2 lata. Chodzę do szkoły, ten ostatni rok podejmując trud uczniowski. Raz mi coś wychodzi, a bywa też, że nie, ale staram się tym nie zrażać, tylko iść do przodu. Jak co roku 18 września miałyśmy święto internatu: mszę, a późnej loterie i piknik. Pod koniec października za to odbyło się święto naszej grupy, ale może powrócę jeszcze do końcówki września i opisze weekend w Krakowie, który bardzo mile wspominam. W czwartek wieczorem 28 września Marta przyjechała do mnie do internatu. W piątek pojechałyśmy pociągiem do Krakowa. Od progu przywitała nas siostra Kasia, a chwile później reszta sióstr pijarek, zgromadzenia, do którego Marta miała wstąpić na początku października. Zjadłyśmy kolacje w towarzystwie sióstr i zmęczone po podróży położyłyśmy się spać. W sobotę po śniadaniu pojechałyśmy z Martą do parku Jordana, gdzie miałam spotkać się z Patrycją, z którą znam się już ponad 3 lata. Pochodziłyśmy sobie trochę po parku, sporo rozmawiając. Na obiad przyjechali już rodzice z Hanią i Markiem. Celem naszego przyjazdu była integracja całej rodziny z wszystkimi siostrami. Popołudniu dojechali jeszcze Małgosia z coraz większą już Marysią i Mateuszem. Przeszliśmy się wspólnie na spacer, a później podzieliliśmy na dwie ekipy: rodzice pojechali na cmentarz, a ja, Hania, Gosia, Mateusz i Marek na krakowskie stare miasto.
                                                        Ja i Marek stoimy na rynku
                      Gosia i Mateusz stoją na tle starówki

Rodzice dołączyli do nas, gdy siedzieliśmy przy herbatach i ciastach. Wieczorem przed kolacją odmówiliśmy wspólnie nieszpory już bez Marka i Hani. Po kolacji siedzieliśmy sobie przy stole rozmawiając, było naprawdę sympatycznie, często zabawnie. Czas szybko nam upłynął, Gosia i Mateusz pojechali do Częstochowy, a reszta położyła się spać. W niedziele poszliśmy na mszę do parafii, a później wspólnie zjedliśmy śniadanie. Ja, Marta i rodzice pojechaliśmy do Łagiewnik, wróciliśmy akurat na obiad, po którym Marta odwiozła mnie i mamę na pociąg. Szybki był ten weekend, ale bardzo miły. Dobrze było spotkać się z rodzinką po całym miesiącu nauki. Październik upłynął szybko, chociaż były momenty, w których bardzo już chciało mi się do domu. O ile dobrze mi się wydaje to pierwszy raz nie było mnie w domu aż tak długo. Nareszcie nadszedł 27 października, a wraz z nim mój samodzielny przyjazd Polskim Busem do domu. Dobrze było położyć się pod tak długim czasie do własnego łóżka. Przedpołudnie zajęły mi przygotowania do ślubu wychowawczyni z gimnazjum pani Marty Chowaniak (teraz już Kostyk). Ślub odbył się w katedrze o 16. Nigdy nie sądziłam, że będę miała takie szczęście, że akurat dzień wcześniej przyjadę do Poznania. Świetnie było przeżyć z jedną z ulubionych nauczycielek (jednocześnie najlepszą wychowawczynią jaką miałam) tak ważny moment w jej życiu. 
Państwo Młodzi stoją na środku, a po ich obu stronach prawie cała klasa Martyny i Ani, Ania, Mikołaj i ja, przed nami stoi motor, w tle katedra

Tak jak się spodziewałam tydzień w domu minął mi bardzo szybko. 1 listopada jak co roku najpierw spotkaliśmy się na obiedzie z babcią i ciocią, później pojechaliśmy na cmentarz na msze, a na koniec do dziadków na kawę. Jak to zawsze u nas było bardzo wesoło i rodzinnie.
Siedzimy wokół stołu od lewej: ja, Gosia, ciocia Agnieszka, Zuzia, Jacek, Ania, dziadek, Martyna, Marysia, babcia, Mateusz, Wojtek, mama, tata, wujek Tomek

5 listopada tata odwiózł mnie do Lasek. Spał nawet w domku, bo w poniedziałek miał coś służbowego w Warszawie. Weekend był pełny niespodzianek. W piątek wieczorem świętowałyśmy w grupie urodziny Agnieszki i Joli. w sobotę pani Agata obudziła nas pytając czy chciałybyśmy pojechać na „Listy do M3” z VI grupą? Bardzo chętnie przystałyśmy na te propozycje z Patrycją. W niedziele pojechałyśmy z Pauliną do KFC spotkać się z Natalią, Angeliką i Grześkiem. Wieczorem poszłyśmy z Patrycją i Anią na śpiewanie pieśni patriotycznych do kawiarenki. W sobotę cała nasza ósemka musiała zmierzyć się z maturą z matematyki, nie było to łatwe, ale jakoś udało nam się coś napisać.

Na ten moment z mojej strony to byłoby na tyle. Może nie ma tego dużo, ale zawsze jest choć coś. A Wam jak się żyje w tym listopadzie? Coraz krótsze te dni są i coraz zimniej się robi. 

piątek, 4 sierpnia 2017

Końcówka roku szkolnego

Czerwiec, kolejne wyzwania, zaskoczenia, niesamowite jest to ile może wydarzyć się w jednym roku. Myślę, że 2017 zapamiętam do końca życia i już zawsze będzie dla mnie szczególny. No to zabieram się za opisywanie końcówki roku szkolnego.
Z okazji dnia dziecka zorganizowali nam dzień sportu na orliku blisko szkoły, z racji, że brało udział bardzo mało dziewczyn udało mi się zyskać 1 miejsce, w sumie żadne osiągnięcie. Bardziej cieszyłam się z tego, że przebiegłam 600 metrów, co biorąc pod uwagę to, że przez połowę podstawówki i gimnazjum nie miałam wf naprawdę było dla mnie sporym wyzwaniem. Marta po mnie przyjechała i pojechałyśmy razem do Poznania. W domu zjedliśmy wspólnie, rodzinnie obiad z okazji dnia dziecka. Tata zawiózł mnie i Martynę do Pijarów na rozpoczęcie DIPu (Dni Integracji Pijarskiej). Po oficjalnym rozpoczęciu wydarzenia odbyły się tańce na szkolnym boisku. Byłam pełna podziwu dla samej siebie, że ogarniam co się dzieje i wśród tego całego tłumu jednocześnie dobrze się bawię (co biorąc pod uwagę to, że przecież przebywam teraz w środowisku gdzie jest naprawdę mało osób jest dużym zaskoczeniem). Na zakończenie dnia była jeszcze modlitwa już w grupkach. Spałam w domu, bo chciałam choć przez chwile móc się nim nacieszyć. W piątek pojechaliśmy na wycieczkę po Poznaniu, później był obiad i przerwa podczas której ćwiczyliśmy pieśni na mszę i czuwanie. Po przerwie odbył się krąg biblijny w grupach, potem msza. Dostaliśmy bardzo ładne dipowe koszulki, odbyły się też zabawy na dworze i gry planszowe w skrzynce, ale ja musiałam sobie trochę odpuścić, bo było dla mnie już za dużo wszystkiego i tak właściwie wytrzymałam sporo biorąc pod uwagę to, że jestem teraz przyzwyczajona do innego środowiska. Na całe szczęście później było czuwanie, które bardzo dużo mi dało. Czułam się zmęczona po tym dniu, ale jednocześnie byłam szczęśliwa. Dobrze było poczuć jedność z tą szkołą, wreszcie móc poczuć się w niej dobrze (a po tych 3 ciężkich latach spędzonych w niej sądziłam, że to totalnie niemożliwe). Z piątku na sobotę znowu spałam w domu. Ostatnim wydarzeniem DIPu był już drugi krąg biblijny, po którym odbyło się uroczyste zakończenie pierwszego DIPu, podczas którego zostało zrobione grupowe zdjęcie. 
Cała grupa dipowiczów na szkolnej scenie, przed nami po lewej biała ryba z czarnym napisem DIP
Zjedliśmy pierogi na obiad i pojechaliśmy na Lednicę. Moją pierwszą Lednicę w życiu mogę uznać za bardzo udaną! Dobrze się bawiłam i zyskałam wiele sił, których potrzebowałam na kolejne dni w szkole. Do szkoły wróciliśmy koło 4, położyliśmy się spać i spaliśmy do 8. Mama po mnie przyjechała, w domu wszystko na szybko, właściwie tak jak cały weekend. W domu pakowałam się i odrabiałam sporą ilość zadań z matematyki (robiłam je też podczas całej podróży pociągiem). W poniedziałek zdarzyło się coś co zawsze sądziłam, że nigdy mi się nie zdarzy (tak wiem trochę dziwnie to brzmi) zasypiałam na lekcjach. Na orientacji byłam zaskoczona ile ludzi dookoła mi pomaga (nawet kiedy o te pomoc nie proszę), miłe to było bardzo i mam nadzieje, że częściej będę spotykać takich ludzi. Moja ambicja wygrała i z przykrością muszę Wam oznajmić, że kolejną już noc spałam tylko 4 godziny, a to przez nawał obowiązków szkolnych. W szkole kolejny dzień podrząd zasypiałam, co niestety nie sprzyjało zaliczeniom. Wieczorem próbowałam pomóc Patrycji z matematyką, ale średnio nam to wyszło, obie nie byłyśmy wystarczająco wyspane i skupione. W środę angielski nie poszedł mi tak jakbym tego chciała, tak właściwie o ile dobrze mi się wydaje w tamtym tygodniu nic mi nie wychodziło, a to zwyczajnie przez zmęczenie i niewyspanie. Popołudniu poszłam do pani Basi robić ślimaki na imieniny księży. Dziewczyny wciągnęły mnie na imieniny pani Joli z V z zapewnieniem, że później będziemy uczyły się razem i tak właśnie zrobiłyśmy, mimo że tak naprawdę powinnam sobie już odpuścić, ale oczywiście nie umiałam. Lubię w sobie to, że jestem ambitna, bo to jest bardzo dobra cecha, ale czasem naprawdę za bardzo przesadzam. W szkole zrozumiałam, że jestem już wykończona fizycznie i psychicznie, zdecydowałam, że odpuszczę już oceny, bo nie jestem w stanie zrobić już nic. Popołudniu poprawił mi się humor, bo były imieniny księży, jak to zawsze ja byłam w coś zaangażowana, ale mimo zmęczenia dałam rade. Wieczorem wycierałyśmy z dziewczynami naczynia, szybko nam to szło i było bardzo miło. W piątek na kulinarnych robiłam kluski śląskie. Patrycja była tak kochana nie dość, że pomogła mi lepić kluski to jeszcze pozmywała za mnie naczynia,. Zrobiła to, bo dobrze wiedziała, że jestem przemęczona całym tygodniem, takie przyjaciółki są na wagę złota! W sobotę udało mi się trochę odespać. Poszłyśmy z panią Anią na piknik, który był zorganizowany przy szkole podstawowej i gimnazjum. Popołudniu przeszłyśmy się z Anią i Patrycją na spacer, a później robiłyśmy jabłka z kruszonką. Wieczorem usiadłyśmy sobie w naszej grupie w 2 grupy i zjadłyśmy wspólnie kolacje. Nigdy czegoś takiego nie robiłyśmy, a szkoda, bo było naprawdę sympatycznie, musimy to jeszcze nieraz powtórzyć po prostu. Siostra Jana Maria i siostra Jana późnym wieczorem zorganizowały strefę kibica. Przyszłyśmy na nią z Patrycją na chwile, ale nie siedziałyśmy długo, bo kolejnego dnia musiałyśmy wcześnie wstać. W niedziele ja, Patrycja i Natalia jechałyśmy z siostrą Janą Marią i siostrą Janą do parafii pani Agaty, żeby czytać i śpiewać na 4 mszach. Robiłyśmy to po to, aby zebrać pieniądze na wyjazd do Medjugorie. Za pierwszym razem mi nie wyszło, ale przy kolejnych 3 było już lepiej. To było dla mnie kolejne wyzwanie, bo nigdy jeszcze nie czytałam w kościele. Po powrocie do internatu i zjedzeniu obiadu postanowiłam, że jestem taka zmęczona, że najlepszym pomysłem będzie położenie się spać. Wieczorem było jeszcze zebranie w sprawie wycieczki. W poniedziałek pani Edyta zorganizowała przedstawienie o wielbłądach z okazji dnia dziecka. Zaprosiła też panią podróżniczką, która opowiedziała nam o Maroko. We wtorek cała nasza grupa pakowała się na wycieczkę. Nareszcie nadszedł ten upragniony dzień - wyjazd na wycieczkę do Poznania. Kiedy dotarliśmy już wszyscy do schroniska młodzieżowego, w którym spaliśmy postanowiłam z rodzicami, że pojadę z nimi na chwile do domu przywitać się z psami. Zwiedzanie Poznania rozpoczęliśmy w czwartek od spaceru po Parku Soładzkim, później udaliśmy się wspólnie na mszę do parafii świętego Jana Wianeja. Posililiśmy się w kawiarni „Kociak”. Na procesje udaliśmy się do naszej parafii świętego Karola Boromeusza, po niej przeszliśmy wspólnie do domu na moje przyjęcie osiemnastkowe. Dziewczynom i wychowawczyniom bardzo podobało się u mnie w domu. W piątek byliśmy w Palmiarni i na termach maltańskich. W sobotę przedpołudniem pojechaliśmy do parku orientacji przestrzennej w Owińskach. Popołudnie spędziliśmy w muzeum: Brama Poznania i na Ostrowie Tumskim. W sobotę wieczorem pojechałam już z rodzicami do domu, bo bardzo zależało mi, żeby być kolejnego dnia u Pijarów na niedzielnej mszy. W niedziele o 14 zebraliśmy się wspólnie: nasza cała grupa wycieczkowa i moja najbliższa rodzinka w Sfinksie na wspólnym obiedzie. Właściwie śmiało można powiedzieć, że to był ostatni punkt naszej wycieczki. Przed 16 wsiedliśmy wszyscy w pociąg i ruszyliśmy w podróż powrotną do Warszawy. W poniedziałek z okazji ostatnich zajęć na orientacji pani zabrała mnie do Sweet Home. Ostatnie 2 HISy w tamtym roku szkolnym były bardzo ciekawe, pan słuchał z nami różnych pieśni i je omawiał. Na matematyce pani Jola zabrała mnie na dwór, miło jest mieć lekcje na powietrzu, jak jest ciepło. Popołudniu był koncert na zakończenie szkoły muzycznej, na którym grałam.
                                                          Siedzę przy fortepianie i gram
                                                        Ja i Klaudia siedzimy i rozmawiamy
                                                       Ja i Klaudia stoimy razem za nami drzewo
               Ja i pani Ala stoimy na schodach w szkole muzycznej 
Byłam w szoku jak szybko poszło mi odkurzanie mebli. W środę Pan Dyrektor uczył nas hymnu ośrodka na przerwach. Sporo osób na niego narzeka, ale mi się on podoba, bardzo dobrze oddaje to co się dzieje w Laskach. Popołudniu poszłam do Weroniki na herbatę urodzinową, a później na coroczną kolacje absolwentów (za rok będą żegnać mnie :(, a przecież tak niedawno przyszłam do Lasek). Nie mogłyśmy (ja, Luiza i Paulina) być na całej uroczystości, bo musiałyśmy pójść na próbę do przedstawienia na pożegnanie absolwentów. W czwartek przedstawienie na pożegnanie absolwentów wyszło nam całkiem dobrze. Po przerwie udaliśmy się wszyscy na ślubowanie absolwentów do domu świętego Maksymiliana. Nadszedł moment, którego właściwie nie chciałam: pakowanie. Mogę śmiało powiedzieć, że wywiozłam tam połowę swoich rzeczy, więc totalnie nie wiedziałam jak się za to zabrać. Ku mojemu zaskoczeniu jak się już za to zabrałam to poszło mi to naprawdę sprawnie. Poszłyśmy z Klaudią do pani Basi na czyszczenie lodówki. Udało nam się zrobić pyszną zapiekankę makaronową (mniam wielbię makaron). Wieczorem rada internatu zorganizowała dyskotekę na zakończenie roku szkolnego. Klaudia i Ania wymyśliły, że możemy zrobić sobie zieloną noc. Zebrałyśmy się w kilka dziewczyn w pokoju, który był już pusty (Klaudia, Nikola i Oliwia pojechały już do swoich domów), gadałyśmy, jadłyśmy, a później nawet grałyśmy w butelkę. Jednym słowem był to bardzo miły wieczór. W piątek przyszedł ten upragniony przez wszystkich dzień (chociaż nie nie przez wszystkich, no nieważne). Ja Wam powiem szczerze, że mimo że uwielbiam być w Laskach to już bardzo chciałam jechać do domu. Ten rok szkolny nie był łatwy, bo rzadziej przyjeżdżałam do domu niż w poprzednim, jakoś dałam radę, ale naprawdę potrzebowałam już bardzo zwyczajnie pobyć w domu, spędzić czas z rodziną. Myślę, że każdy tego potrzebuje, nawet osoby, które nie są związane ze swoimi rodzinami. Pan Dyrektor zaskoczył mnie wręczając mi świadectwo na holu szkoły mimo że nie miałam paska. Dowiedziałam się, że zostałam bardzo pochwalona przez wszystkich na radzie ośrodkowej. Dobrze jest usłyszeć coś takiego po niełatwym roku szkolnym. Bardzo długo żegnałyśmy się z mamą z wszystkimi, ale nareszcie udało nam się wsiąść do tego auta i pojechać do domu. Wcześnie położyłam się spać, bo byłam padnięta po zakończeniu i podróży. 

Właściwie to sporo czasu już minęło od tej końcówki czerwca. Wakacje szybko lecą, jeszcze trochę i będzie wrzesień, ale staram się na razie o tym nie myśleć, bo wiem, że to nie będzie dla mnie łatwy rok (w sumie pewnie najtrudniejszy, ale też najkrótszy :D przecież wszędzie trzeba szukać pozytywów nie? Wtedy wszystko jest prostsze). Teraz pozostaje Wam tylko czekać na post z wyjazdem do Medjugorie. 

środa, 26 lipca 2017

Pierwsze kroki w dorosłości

Macie ulubiony miesiąc? Ja mam, jest nim właśnie maj, dlatego myślę, że będzie mi się bardzo przyjemnie pisało dla Was tego posta. Pożegnałam dzieciństwo, chciałam, nie chciałam? Zdecydowanie nie chciałam, bo uważam, że nie jestem gotowa, żeby być dorosła, ale cóż zrobić musiałam, taka jest kolej rzeczy, kiedyś trzeba dorosnąć. Ja się zabieram za pisanie, a Wam życzę miłego czytania!
Wstałyśmy specjalnie o 4:30, żeby pójść na wschód słońca. Byłam dumna z Martyny, że udało jej się zwlec z łóżka! O 5:05 na Sobieszewskiej plaży wzeszło słońce, uwierzcie mi warto było wstać, żeby to zobaczyć (nawet gdy widzi się tak mało jak ja). 
Kula wschodzącego słońca nad morzem, nad słońcem oświetlone przez nie niebo

Ja i Martyna w czapkach i chustkach za nami morze

Zmówiłyśmy wspólnie jutrznie na plaży i wróciłyśmy do naszego domu świętego Józefa, żeby się jeszcze trochę przespać przed mszą, która odbyła się o 8. Gdy nakarmiliśmy duszę przyszedł czas na nakarmienie ciała. Zjedliśmy wspólnie pyszne śniadanie, po którym wysłuchałyśmy konferencji księdza Tomasza. Głównym celem rekolekcji było chodzenie w ciszy i spędzanie czasu z Bogiem. W tamten poniedziałek pojechaliśmy do ptasiego raju i tam chodziliśmy zielonym szlakiem. 
                                                         Sobieszewska plaża
                                                          Ja i Martyna na tle lasu
                                                 Idę po plaży przede mną zachodzi słońce
                                                  Panorama Sobieszewskiej plaży
Usiedliśmy sobie wszyscy naszą grupką w lesie i zjedliśmy nasz prowiant, oczywiście przy tym wciąż rozmawiając i żartując. Do ośrodka wróciliśmy brzegiem plaży. Po odpoczynku usiedliśmy wszyscy wspólnie w salonie i zabawiliśmy się w mówienie słów, które kojarzą się nam z dzisiejszym dniem, później podnieśliśmy poprzeczkę i zmieniliśmy opcje na zdania. Jednym ze zdań jakie wymyśliłam było „Rozmowa jest łaską”, Martyna stwierdziła, że aż musi sobie je zapisać. Sama nie wiem skąd ono mi się wzięło, chyba z góry, jak praktycznie wszystko ostatnio. Po zjedzeniu obiadu poszliśmy na zachód słońca, wracając spotkaliśmy dzika. Wieczorem zjedliśmy wspólnie przy miłej atmosferze kolacje na słodko. Łącznie przeszliśmy tamtego dnia 28 kilometrów. We wtorek rano na mszy Martyna czytała czytanie. Plan był praktycznie taki sam jak poprzedniego dnia: śniadanie, konferencja i spacer, tylko tym razem do Nawiej Łachy.  Podczas przerwy zjedliśmy kanapki i przeczytaliśmy Pismo Święte. Wracaliśmy znowu plażą, szłyśmy z Tiną na przodzie i śpiewałyśmy sobie różne piosenki.
                                                 Idę plażą 
Trochę wszyscy zmęczeni wróciliśmy na obiad. Po odpoczynku postanowiliśmy wspólnie obejrzeć film „Bezcenny dar”. Podczas kolacji moja grupa rekolekcyjna złożyła mi życzenia, dostałam również kubek, który myślę, że już zawsze będzie kojarzył mi się z tamtym ważnym dla mnie czasem. Trudno było nam się rozstać, ale wreszcie musieliśmy, bo kolejnego dnia trzeba było wcześnie wstać. Zmówiliśmy jeszcze wspólnie litanie i poszliśmy spać. Tamtego dnia przeszliśmy trochę mniej niż poprzedniego, ale też sporo, bo 21 kilometrów. W środę rano umówiłam się z siostrą Judytą, że mnie uczesze, okazało się, że robi to świetnie. To był dla mnie kolejny ważny dzień, zrobiłam kolejny krok, którego wcześniej bym się po sobie nie spodziewała. Zaśpiewałam sama psalm na mszy o 7 rano, ksiądz wymyślił, że mogę czytać go z komputera, nietypowy, ale skuteczny sposób (jakoś trzeba sobie radzić nie?). Ciężko było mi uwierzyć w to co zrobiłam, po pierwsze przełamałam barierę śpiewania psalmów sama, a po drugie od ostatniego wrześniowego psalmu, który był katastrofą, myślałam, że już nigdy nie odważę się go zaśpiewać. Nie mogę powiedzieć, że wyszło mi dobrze, ale stwierdziłam, że im więcej będę ćwiczyć tym będzie lepiej. Zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy księdza Tomka i musieliśmy zacząć się pakować. My też musiałyśmy rozstać się ze wszystkimi i pójść na autobus do Gdańska, ciężko było opuścić Sobieszewo i zostawić tamtą atmosferę, która się wytworzyła przez te kilka dni. W Gdańsku spotkałyśmy się z Martą i jej ekipą, wróciliśmy razem pociągiem do Poznania.
Po lewej Martyna, ja, Patryk, po prawej Maja, Zuza, Agnieszka, Adrian, na środku Marta. Siedzimy wszyscy w przedziale w pociągu 
W czwartek większość dnia przesiedziałam w domu, rozpakowywałam się, odpoczywałam. Wieczorem pojechałam z Hanią, Markiem i Martą do Poznani, żeby kupić sukienkę na osiemnastkę. W piątek rano okazało się, że popołudniu będę miała komisje o rentę. Myślałam, że będzie trwała długo, ale pan doktor zapytał mnie tylko o coś, zajrzał mi aparatem w oczy i przyznał tę rentę. Pojechałyśmy z mamą i Martyną do sklepu, później dołączyła do nas Marta, udało nam się wspólnie zjeść obiad. Wieczorem poszłam do parafii do spowiedzi i na mszę młodzieżową. Nigdy nie miałam tak spokojnej spowiedzi, piękna była, msza zresztą też. Dobrze było podziękować za coś co wydarzyło się rano,  coś czego Wam nie opisałam, ale myślę, że jeszcze kiedyś przyjdzie na to czas. W każdym razie dobrze wiem, że ten dzień zapamiętam do końca życia i będzie już zawsze dla mnie wyjątkowy. Sobota minęła mi na przygotowywaniach do osiemnastki np. robieniu 3Bita. Wreszcie nadszedł ten dzień, z jednej strony czekałam na niego długo, a z drugiej tak naprawdę go nie chciałam. Rano dostałam od mamy zeszyt, który pisała, kiedy była ze mną w ciąży. Piękny prezent prawda? Szkoda tylko, że nie mogę go tak wziąć i przeczytać, ale mama obiecała mi, że mi go przepisze. Kiedy szykowaliśmy się do wyjścia do kościoła mój kochany braciszek Marek zaczął śpiewać mi inną melodię psalmu niż miałam zaplanowaną i już myślałam, że tej swojej sobie nie przypomnę, ale na szczęście mi się udało. Byłam bardzo dumna z moich kochanych sióstr, które przeczytały czytania, a już szczególnie z Marty, bo wiem, że było to dla niej bardzo duże wyzwanie. Kolejny już raz psalm nie wyszedł mi perfekcyjnie, bo w jednej zwrotce nie dośpiewałam wersu, ale byłam z siebie zadowolona. Stojąc tam przy ambonie i śpiewając czułam się bardzo wyjątkowo, wiedziałam, że miałam tam stać, że to była moja chwila, że Bóg tego chciał. 
Kościół św.Karola Boromeusza: od lewej Marta przy ambonie, ołtarz, siedzący księża, na ścianie tabernakulum, krzyż, a między nim obrazy św.Jana Pawła II i św.Karola Boromeusza
 To samo co na poprzednim zdjęciu tylko tym razem ja przy ambonie 

 To samo co na pierwszym zdjęciu tylko tym razem Martyna przy ambonie
 Księża stoją przy ołtarzu, widać również nas stojących w ławkach 
Ksiądz proboszcz udziela mi Komunii do ławki, ja przed nim klęczę, obok niego ministrant
Byłam bardzo zaskoczona, kiedy proboszcz przyniósł mi Komunię do ławki. To była bardzo wyjątkowa msza i myślę, że zapamiętam ją do końca życia. Przywitałam się z wszystkimi gośćmi przed kościołem i poszliśmy wspólnie do domu. W domu wszyscy złożyli mi życzenia i usiedliśmy do wspólnego dużego stołu. 
Na przeciwko mnie stoi ciocia Maja, składa mi życzenia, trzymam w rękach czerwony portfel (prezent od niej i babci)
 Ania i ciocia Agnieszka stoją przede mną, składają mi życzenia, w rękach trzymam prezent od nich
 Oglądam prezent od Banaszaków, ciocia i Ania stoją obok mnie
Przede mną stoją Gosia i Mateusz, składają mi życzenia
 Siedzimy przy nakrytym stole, od lewej babcia Miecia, dziadek Jasiu, ja i babcia Krysia
Siedzimy przy zastawionym jedzeniem stole i jemy obiad
Marek i Mateusz w kuchni w fartuchach wkładają naczynia do zmywarki 
Mama, ja i tata stoimy i trzymamy w rękach kieliszki z szampanem 
Tort, a na nim zdjęcie mnie jako niemowlęcia z ręką taty obok, jest również napis "Magda 18 lat minęło…"
 Kroje tort, rodzice stoją obok mnie i mi pomagają 
Mateusz, Gosia i Hania siedzą przy stole, a mama, tata, ja, Marta i Martyna obok okna 
Siedzieliśmy wspólnie bardzo długo. Najpierw zjedliśmy obiad, potem tort, kawa, ciasto, toast. Byłam bardzo wdzięczna moim braciom, że pomagali jak mogli. To był piękny dzień, ale zrozumiałam, że jestem osobą, która nie lubi być długo w centrum uwagi, po prostu mnie to męczy. Wole robić swoje i być w cieniu. Wieczorem czekały na mnie 2 najpiękniejsze prezenty jakie mogłam dostać: po pierwsze zadzwoniła Ala, a nie rozmawiałam z nią rok, po drugie dowiedziałam się, że będę ciocią, a w dodatku matką chrzestną, bo mam to obiecane już od dawna!!! Lepszego prezentu dostać nie mogłam prawda??!! Jakie życie jest piękne, a szczególnie w takich momentach! W poniedziałek odebrałam dowód, musiałam też wrócić do szarej rzeczywistości i słuchać „Ludzi bezdomnych”, co po wydarzeniach poprzedniego dnia nie było proste. Wtorek to już w ogóle był bardzo trudny dzień, bo trzeba było się spakować i wyjechać. Ktoś mógłby stwierdzić, że zahartowałam się w tym wyjeżdżaniu, żegnaniu Poznania, ale nie. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam jest mi ciężko i myślę, że tak już zostanie do końca mojej nauki w liceum. W czasie podróży udało mi się trochę przespać. W 708 miałyśmy z mamą miłe spotkanie z siostrą Moniką i księdzem Michałem. Moje wychowawczynie internatowe trafiły idealnie z prezentem urodzinowym dla mnie. Dostałam od nich zamówione w mojej intencji msze wieczyste: 7 dziennie czyli 49 tygodniowo i tak na zawsze nawet, kiedy umrę, coś pięknego! Poszłam przywitać się z Patrycją i Weroniką, od nich również dostałam prezenty. W środę usłyszałam w szkole sporo miłych słów i życzeń. Niezbyt miłym akcentem była rozmowa z panią Moniką na temat techniki mojej pracy, ale koniec końców później wszystko się wyjaśniło. W tamtym tygodniu miałam polski rozszerzony sama, bo Luiza i Piotrek jeszcze nie dojechali nie było łatwo, ale jakoś musiałam sobie dać rade. Popołudniu poszłyśmy z Patrycją na koncert francuski, pianistki do szkoły muzycznej. Zostałyśmy wyznaczone przez panią dyrektor do dziękowania jej na koniec koncertu. Wieczorem dostałam od moich wychowawczyń drugi prezent: figurkę Matki Bożej. W czwartek po religii ksiądz poświęcił mi figurkę. Wylałam herbatę u pani Małgosi na zajęciach, a zdarza mi się to naprawdę rzadko, chyba po prostu zbyt emocjonująco zaczęłam coś pani opowiadać. Tamten piątek to był pierwszy ciepły dzień. Cieszyłam się z łączenia z dziewczynami, bo dzięki temu nie byłam sama na rozszerzonym polskim. Na kulinarnych robiłam sałatkę jarzynową, na którą wieczorem zaprosiłam dziewczyny. Popołudniu za to siedziałyśmy sobie wspólnie na placyku obok internatu.
Ja i Klaudia siedzimy na ławce 
 Od lewej Klaudia, Patrycja, ja i Weronika
Od lewej Weronika, Paulina, Klaudia, ja i Patrycja, stoimy na tle lasu

 Przez większość soboty, jak to zawsze sprzątałyśmy. Popołudniu poszłam z panią Marzeną na mszę w rocznice objawień, zostałyśmy jeszcze na litanii. Na szybko zjadłam kolacje i poszłam na próbę scholi. Kolejna niedziela przyniosła mi kolejną piękną mszę, jeżeli już zawsze będę przeżywała je w ten sposób to na pewno będą mi one dawały siły, które będą mi potrzebne w dorosłym życiu. Weronika postanowiła spełnić moje marzenie: zapleść mi warkoczyki na całej głowie, byłam w szoku, że chciało jej się to robić przez pół dnia, przyjaźń to piękna sprawa! 
 Siedzę na krześle w pokoju u dziewczyn, na całej głowie mam zaplecione warkoczyki
Ja tyłem, a właściwie warkoczyki, za mną Klaudia trzymająca braillesensa na kolanach
Popołudniu pani Iza oświadczyła mi i Weronice, że mamy czytać razem tekst przy grobie matki założycielki na rozpoczęcie święta ośrodka. Stresowałam się, bo nigdy nie czytałam nic publicznie i ogólnie lepiej wychodzi mi śpiewanie niż czytanie. Poszłam pomodlić się do kaplicy, uspokaja mnie to, pomaga się odstresować, dobrze, że mamy te internatową kaplice. Pani Iza zrobiła z dziewczynami pizze, która była na kolacje. W poniedziałek rano nastąpiła szybka akcja rozplatania warkoczyków, bo po naradzie z panią Anią doszłyśmy do wniosku, że nie nadają się one na święto ośrodka. Czytanie tekstu poszło mi w miarę, Klaudia, która sporo czyta stwierdziła nawet, że umiem intonować. 
Stoimy przy grobie matki założycielki na cmentarzu, ja i Weronika trzymamy kartki, Weronika trzyma mi również mikrofon
Kolejnym punktem święta była msza, którą na pewno zapamiętam na bardzo długo, była wyjątkowa, a w szczególności przepięknie zaśpiewane alleluja, które mogę śmiało porównać ze śpiewem aniołów. Przedstawienie pokazało mi jak ważne stało się dla mnie to miejsce przez te niecałe 2 lata, mam nadzieje, że będę tu przyjeżdżać jako absolwentka, bo mam z nim wiele dobrych wspomnień i na pewno ciężko mi będzie, kiedy będę musiała odejść. Popołudniu świętowałyśmy wspólnie z dziewczynami w kawiarence, potem poszłyśmy na koncert dwudziestolecia szkoły muzycznej. Niespodzianką na koniec koncertu był tort w kształcie fortepianu. Dzień był naprawdę bardzo świąteczny, bo wieczorem świętowałyśmy w grupie urodziny Nikoli. We wtorek poszliśmy na spotkanie z panem Stefanem Czernieckim, który opowiedział nam o swojej podróży w Himalaje. Na wychowawczej udało nam się wreszcie wymyślić coś do pożegnania absolwentów, które mieliśmy w tym roku przygotować. Wieczorem była msza za świętej pamięci pana Kamila w kaplicy internatowej, śpiewałyśmy z panią Marzenką na niej. Nigdy jeszcze nie pisało mi się tak ciężko sprawdzianu jak w tamtą środę, miałam jakąś niewyjaśnioną pustkę w głowie. Opłaca się być pilną i odrabiać prace domowe, zrobiłam ją jako jedyna i dzięki temu zyskałam dobrą ocenę z przyrody. Na polskim rozszerzonym oglądaliśmy film „Pręgi”, pomógł mi docenić wartość mojego dzieciństwa. Wieczorem przeszłam się z dziewczynami. Poszłam w czwartek rano na mszę do kaplicy z okazji 9 rocznicy mojej pierwszej Komunii Świętej, 9 lat sporo. 
Klęczę w albie i wianku, ksiądz proboszcz podaje mi komunikant
Nigdy bym nie przypuszczała, że będę prasować sukienkę na szybko przed śniadaniem, niesamowite do czego może namówić mnie pani Ania, ale w sumie to kolejna rzecz, która przyda mi się na przyszłość. Kto by pomyślał, że będę najlepsza w biegach na wf z całej klasy (a nie miałam wf przez 6 lat). Popołudniu chłopaki przyszli do Luizy na ciasto urodzinowe, miło było sobie z nimi posiedzieć i pogadać. Wieczorem było spotkanie do wyjazdu do Medjugorie. Przesadziłam niestety trochę z nauką, bo przez to mało spałam i nie poszedł mi sprawdzian z niemieckiego. Poszliśmy na festiwal piosenki międzynarodowej do gimnazjum. Popołudniu dyktowałam Patrycji psalm, sporo razy robiłyśmy sobie przerwy na rozmowy. Nie liczę już, który raz spałam w V grupie. Sobota minęła szybko najpierw trochę leniwie, a później trzeba było wziąć się za lekcje, których odrabianie zajęło większość dnia. Pani Edytka z V grupy poczęstowała mnie wieczorem sałatką z kuskusem. W niedziele na mszy śpiewałyśmy z Patrycją psalm, źle nie wyszło, ale zafałszowałam na końcu alleluja. Cóż wygląda na to, że muszę po prostu jak najwięcej ćwiczyć. Przeszłam się z panią Edytkę i dziewczynami z V grupy do baru „Bartek”, który okazał się nieczynny, więc wróciłyśmy do internatu. Ćwiczyłam dość długo na pianinie, zawsze jak do niego siadam to tracę poczucie czasu, dobrze mieć taką pasje i móc ją realizować. Rada internatowa zorganizowała talent show u nas w internacie. Poszłyśmy na nie z dziewczynami, a później przeszłyśmy się na spacer. W poniedziałek pojechałyśmy z Patrycją na pogrzeb pana Kamila do Włodawy, nie był to łatwy wyjazd, ale zależało nam, żeby pojechać i pomodlić się za pana. Wieczorem kiedy wróciłyśmy Luiza dobiła mnie trochę wiadomością, że dostałam bardzo słabą ocenę ze sprawdzianu z "Ludzi bezdomnych", w sumie spodziewałam się tego, wiedziałam, że mi nie poszło. We wtorek rano przeszłam się do internatowej kaplicy pomodlić się na mszy za Marysie w dniu jej bierzmowania. Bardzo żałowałam, że nie mogłam być osobiście na jej bierzmowaniu, więc zrobiłam chociaż to. W szkole nie było mi łatwo po poprzednim dniu, byłam chyba jeszcze bardziej rozbita psychicznie niż poprzedniego dnia. Na całe szczęście miałam Patrycje i mogłyśmy się nawzajem wspierać na przerwach. Na wychowawczej poprawił mi się humor, bo wyszliśmy na dwór i było ogólnie wesoło. Na basenie też było bardzo sympatycznie, szczególnie, że Weronika wyjątkowo poszła. Na polskim podstawowym wymyślaliśmy tekst piosenki finałowej przedstawienia na pożegnanie absolwentów. Na polskim rozszerzonym skończyliśmy film „Pręgi”. Popołudniu pojechałyśmy na bierzmowanie Klaudii i Nikoli do Warszawy. W czwartek znowu dobił mnie wynik z niemca. Myślę, że to przez to, że za mało spałam, a za dużo się uczyłam, tylko jak ja niby mam wytłumaczyć mojej ambicji, żeby zwolniła? Próbuje, ale jakoś kompletnie mi to nie wychodzi. Mieliśmy bardzo miły wf, pojechaliśmy z panem na przejażdżkę tamdemami i zatrzymaliśmy się w sklepiku na lody. W piątek pierwszy raz robiłam pranie na 2 pralki naraz, jakoś trzeba sobie radzić nie?, szczególnie kiedy są wolne, a ma się dużo ubrań. Patrycja poczęstowała mnie swoim obiadem, który robiła na kulinarnych, więc miałam co zjeść na kolacje. Prawie cały weekend przesiedziałam na parapecie w swoim pokoju ucząc się matmy. Wyglądało to w następujący sposób:
Siedzę na parapecie i trzymam w rękach kartki 
To samo co na poprzednim zdjęciu tylko w przybliżeniu, różnica jest taka, że przysuwam kartki do oka, bo czytam
Jedyną przerwą w sobotę był spacer po puszczy i majowe, a w niedziele wyjście do „Bartka”. W poniedziałek pierwszy raz w życiu nie wiedziałam gdzie iść na orientacji, wydaje mi się, że to przez przemęczenie związane z końcem roku, może też tak intensywną naukę matematyki przez weekend. Na pianinie szlifowałam utwór przed wtorkowym koncertem. Wieczorem poszłam na majowe, a potem siedziałam sobie jeszcze przy pianinie, bo chciałam dać z siebie wszystko kolejnego dnia. W poniedziałek wieczorem nagle okazało się, że nie ma kto śpiewać psalmu na mszy za mamę pani Agaty, więc stwierdziłam, że w sumie mogę się zgłosić. To był kolejny dowód na to, że ja naprawdę w ostatnim okresie bardzo się otworzyłam. Tamta Magda nigdy by nie podjęła takiej decyzji. Tym sposobem we wtorek miałam 2 wystąpienia publiczne (co mnie cieszyło). Na koncercie poszło mi dobrze, chociaż w sumie zawsze mogło być lepiej. Kiedy śpiewałam psalm było słychać, że się stresuje, ale tragicznie nie wyszło. W środę popołudniu ja i Ania pojechałyśmy z panią Olą do teatru na spektakl „Królowa śniegu”. Musiałam się przez to pakować w nocy (kolejnego dnia jechałam do Poznania), ale nie żałowałam tego, bo spektakl był naprawdę ładny. Przed przedstawieniem mogłyśmy pochodzić po teatrze i sobie go dokładnie obejrzeć. 
 Ja na tle dekoracji w słonecznikowym kapeluszu
Ja i Ania w karocy królowej śniegu
Aktorzy na scenie
Z moich majowych zmagań to by było na tyle. Duże zaległości sobie narobiłam, ale są wakacje, więc na szczęście mam czas, żeby je nadrobić. 
Życzę Wam miłej w sumie już drugiej połowy wakacji!